Strona główna » BLOG » Kolorowanki – jakie wybierać?

Kolorowanki – jakie wybierać?

    Opowiem Wam o kolorowankach z punktu widzenia wrażliwego rodzica

    A dodatkowo kreatywnej kobiety z mózgiem, który wszystko analizuje, rozkłada na czynniki pierwsze, szuka wzorców i przewiduje prawdopodobne (i mało prawdopodobne też) konsekwencje różnych działań. Ciężko się żyje w ten sposób, ale po prostu już tak mam i w miarę możliwości staram się to przekuć w coś pożytecznego.

    Moja starsza córka ma już ponad 6 lat i przerobiliśmy w tym czasie ogromne ilości kolorowanek, kreatywnych zeszytów, książeczek edukacyjnych itp. Dzieci dostawały od rodziny i znajomych przeróżne tego typu pomoce naukowe/zabawki, a i ja sama kupowałam wiele z nich. Moje opinie na ich temat zmieniały się dynamicznie, ale starałam się nie ingerować w to, nie zabierać i nie podsuwać specjalnie konkretnych rzeczy.
    Córki od początku same wybierają co im się podoba, a co nie.

    Na początku naszej drogi 2-3 letnia córka numer jeden dostawała od rodziny i przyjaciół „kolorowanki dla maluchów”, czyli takie proste, z grubą linią. Do tego toporne kredki, najlepiej świecowe, grube, mocne. Argumenty za takim typem wspomagania rozwoju były takie, że dziecko „musi” nauczyć się trzymać poprawnie kredkę. I „nie może” wychodzić za linię, dlatego ta gruba linia pomaga, żeby „nie było widać”.

    Mi się włosy jeżyły i gryzłam się w język i żeby nie robić darczyńcom przykrości. To był czas, kiedy w natłoku takich „dobrych rad” postanowiłam dawać córce tylko czyste białe kartki i do tego różne rodzaje kredek i pisaków do wyboru. Trzymała je jak chciała, testowała którą ręką jej wygodniej, czy na stole, czy na podłodze.

    Robiła dziury w kartkach zamiast rysować. Gniotła kartki, gryzła, darła. Miała pełną dowolność bez narzuconych „poprawnych” reguł.

    Potem zmieniłam podejście.

    Te „edukacyjne” kolorowanki służyły za zabawki, notesy, czy po prostu kolejne kartki do bazgrania. Ale też bez żadnych zasad, jak chce, to nich sobie robi w nich dziurki. Był czas, kiedy kredki i długopisy służyły jedynie do dziurkowania. Wszystko było w kropki. Ale już nie patrzę z trwogą na takie książeczki, stały się dla mnie kolejną alternatywą do zabawy, przy której nie należy się spinać nad „poprawnym” wykonywaniem poleceń. Można te polecania, mówiąc szczerze, totalnie olać.

    Nauka rysowania ma swoje naturalne etapy i wszystko samo przyjdzie w swoim czasie, nie ma co przyspieszać tego na siłę.

    Moja druga córka dopiero w wieku trzech lat zaczęła wyrażać zainteresowanie kolorowankami.

    I na te „grube linie” miała grubo wyłożone. Najbardziej lubi kolorować postacie z bajek, które kojarzy albo zwierzęta. Maźnie kilka razy pisakiem i po sprawie. Albo bardzo dokładnie pokoloruje jakiś mały fragment po czym mówi, że się zmęczyła i mam jej pomóc. Obie dziewczyny zupełnie inaczej wchodzą w „świat rysowania”. Niedawno młodsza zażyczyła sobie, że chciałaby dostać coś ze zmazywalnym pisakiem. I chętnie się tym bawi, ale tak bez nacisku na wykonywanie poleceń, po prostu sobie rysuje. Dostała też harmonijkowe kolorowanki, które rozkłada się na podłodze. Z grubymi liniami, z sugestiami typu „rysuj po linii”. Okazało się, że córce podpasowały i podeszła do nich bardzo kreatywnie. Nie dawałam jej żadnych poleceń i nic nie sugerowałam, dlatego rysowała sobie po nich zupełnie dowolnie i naprawdę świetnie się przy tym bawiła.

    A co myślę o kolorowankach i książkach „edukacyjnych”?

    Osobiście nie przepadam za takimi, bo zwyczajnie nie chce mi się czytać tych poleceń i co chwilę pomagać. Wolę wykorzystać te krótkie momenty, kiedy dzieci są zajęte, na chwilę odpoczynku. Często kończy się to zniechęceniem i poczuciem u dzieci, że „nie potrafią”. Zadania bywają niedopasowane do wieku lub zdolności dziecka i zamiast sprawiać przyjemność, irytują. Wolę, żeby rysowanie dobrze się kojarzyło, a uczyć czytania i pisania możemy na różne sposoby. Gdyby moje dzieci nie chodziły do przedszkola, pewnie chętniej rozwiązywałabym z nimi takie zadania. Ale takie atrakcje moje córki mają poza domem,  więc sami już nie musimy drugi raz wyrabiać całego „programu edukacyjnego”. Jak najdzie je ochota, to mają cały komplet takich książeczek i z własnej woli czasem po nie sięgają. Zazwyczaj na nie dłużej niż 5 minut.

    Oczywiście nie chcę mówić, że takie karty pracy są złe!

    Są lepsze i gorsze, czasem można trafić na prawdziwe cuda, które podobają się i rodzicom i dzieciom.

    I naprawdę podziwiam rodziców, którzy mają chęć i cierpliwość, żeby systematycznie przerabiać z dzieckiem takie rozwojowe książeczki. Byleby nie na siłę, to powinna być przyjemność dla wszystkich.

    Są jeszcze „kreatywne” książki. Bawią ucząc, uczą bawiąc.

    Takie, które nie są nachalnie edukacyjne, można je potraktować jako takie jednorazowe zabawki, przygody do uzupełnienia.  Labirynty, zagadki, krzyżówki. Pamiętam, że jako dziecko sama nie przepadałam za takimi. Moja starsza córka lubi zagadki matematyczne i czasem robi sobie takie zadania. Z kolei do uzupełniania obrazków typu „narysuj wzorek na sukience”, „dorysuj meble w pokoju” się nie garnie. Woli sama tworzyć wszystko od początku do końca. Każde dziecko ma inne upodobania i powinniśmy to uszanować.

    A co mogłabym z mojego doświadczenia polecić?

    Kolorowanki „dla dorosłych”. Inaczej „antystresowe”.

    Nie mam pojęcia dlaczego tak nazywają ten typ modnych ostatnio kolorowanek, bo dla dzieci sprawdzają się równie świetnie, u nas nawet lepiej niż takie dziecięce. Wymagają więcej uwagi, wyciszają i pozwalają dziecku (i dorosłemu) „odpłynąć” na chwilę. Bywało że kolorowaliśmy całą rodziną.

    Moja starsza bardzo lubi takie książeczki, potrafi długo nad nimi siedzieć i precyzyjnie „dziubać” te drobne elementy, a jak skończy to wygląda jakby była jakiejś relaksującej kąpieli albo medytacji.

    Trzylatka też czasem coś tam sobie maźnie. Wychodzi za linie, koloruje całość na jeden kolor – i co z tego? Nic! I to jest właśnie sedno sprawy.

    Wydaje mi się, że takie kolorowanki są najbardziej kreatywne. Nie mamy tu prostego i oczywistego obrazka, wzoru do odtwarzania, tylko mandale , które pobudzają wyobraźnię. Tego nikt nie ocenia, nikt nie powie, że ładnie albo brzydko, źle albo dobrze, bo każda opcja jest dobra.

    Tak się rozpisałam, że wypadałoby to jakoś podsumować. 

    Wszystkie kolorowanki mogą być dobrą zabawą i mogą przynosić korzyści dla rozwoju dziecka. Ważne, żeby podchodzić do nich z dystansem.

    Jeśli dziecko ma ochotę na łączenie kropek i kolorowanie według wzoru, samo o tym powie i będzie czerpało przyjemność z takiej pracy. Jeśli nie interesują go polecenia i wybiera zamalowywanie całej kartki jednym kolorem – to tez dobrze! Najwyraźniej do czegoś jest to mu potrzebne na tym etapie, na jakim się obecnie znajduje i nie należy odbierać mu tej możliwości. Nie każdy będzie wielkim artystą, ale co jakiś czas trafia się uzdolnione dziecko. A najlepszym sposobem na wspomaganie jego zdolności jest nie przeszkadzanie mu przez nadmiar bodźców, nie ocenianie i nie sugerowanie „dobrych” dróg, bo ono samo je odkryje w odpowiednim dla siebie czasie.

    I jeszcze na koniec mam dla Was „Tipa”.

    Mój sposób na wykorzystanie kolorowanek, które są częściowo zużyte.

    Wyrywam z nich te niepokolorowane kartki i raz na jakiś czas, najlepiej latem, robię akcję „kolorowanie na tarasie”. Może być też na podwórku, czy w ogródku.  Daję dzieciom farby i wydzielam im po jednej kartce, którą malują farbami. Wiadomo, że nie wygląda to najpiękniej, ale jest atrakcyjne. I mają element niepewności, jaka będzie następna? I w ten sposób nic się nie marnuje i ubywa niepotrzebnych, nieużywanych książeczek, z którymi nie wiadomo co zrobić.

    Na zdjęciach – kolorowanki wyciągnięte z koszyka moich dzieci. 🙂

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *